Blog > Komentarze do wpisu
Znów w KRK

Od jakiegoś czasu jestem już w KRK. Po hiszpańsko - włoskich dniach. Szoku kulturowego nie przeżywam -  szok termiczny owszem. Taka aura ma jednak jeden plus - miło się zakopać w domu, snuć wspomnienia z podróży, robić notatki. Czyli to, co akurat robić muszę i chcę...

Poniżej rodzaj syntezy dla "Gazety":

Tęsknota za Eixample!

Barcelonę i Kraków łączy jedno: oba miasta kochane są przez mieszkańców za jakość i urodę życia. Problem jednak w tym, że w KRK tę jakość udaje się - poza Śródmieściem - wyrwać niewielu fragmentom miasta. BCN tymczasem serwuje swoim mieszkańcom całe połacie dzielnic, w których jest wszystko, co ludziom trzeba do dobrego życia: mieszkania, biura, sklepy, urzędy, place zabaw, kawiarnie. A pod tym wszystkim rozpędzone do późna w nocy metro. Pewno właśnie tym różni się urokliwe zabytkowe miasto z piękną starówką od prawdziwej europejskiej metropolii.

Przez cały mój pobyt w Barcelonie mieszkałam w secesyjnej Eixample, najbardziej barcelońskiej z barcelońskich dzielnic. Chodziłam po wzorzystych płytkach chodnikowych (dbałość o detal!), jeździłam na rowerze (gęsta sieć wypożyczalni!), podwożono mnie motorem. Ani razu nie utknęłam w korku, ani razu nie szukałam sklepu spożywczego, kiosku z gazetami czy stolika kawiarnianego dłużej niż dwie minuty. W tej światowej metropolii co krok natrafiałam a to na butik z guzikami, a to zakład fryzjerski, sklep z morskimi rybami, pracownię krawiecką itp. Katalońska stolica jest bowiem maksymalnie przyjazna ludziom: wśród modernistycznych kamienic kolorami mienią się place zabaw, uczniowie w drodze do szkoły ciągną tornistry na kółkach, zajęcia na uczelniach odbywają się nawet bardzo późno wieczorem (by pracujący nie musieli się śpieszyć). W tym wszystkim tkwi tylko jeden poważny minus: niebotyczne ceny mieszkań. Barcelończycy żartują, że zaczynają mieszkać w „zachodnich komunałkach” - mieszkaniach dzielonych nie tylko przez studentów, ale nawet przez kilka rodzin naraz. - Do was do Krakowa też do przyjdzie! - przestrzegali mnie.

Turystów w Barcelonie spotkałam zatrzęsienie, w dzielnicy Eixample niewielu - tylko przed budowlami Gaudiego. Przyjezdni tłoczą się tu bowiem wokół Rambli, słynnego deptaku odchodzącego od morza. Mieszkańcy mają swoje, nie mniej atrakcyjne dzielnice. Po tej wizycie zostało mi więc głowie sporo detalicznych pomysłów na lepszy Kraków (o nich będę pisać w następnych dniach) i jedno generalne przekonanie: każdy prezydent Krakowa, radny, polityk, który będzie chciał to miasto zmienić, musi zadbać przede wszystkim o dwie rzeczy. Po pierwsze - zapewnić Krakowowi kręgosłup komunikacyjny właściwy każdej metropolii - jak nie metro, to przynajmniej szybką kolej miejską; po drugie - nie dopuścić, by miasto rozpełzało się i rozczłonkowywało bezwładnie w kierunki atrakcyjne tylko dla inwestorów. By zamiast placów i ulic, powstawały kolejne osiedla betonowych klocków, do których mieszkańcy tylko przyjeżdżają lub z których wyjeżdżają, spędzając całe dnie w samochodach i autobusach. Tak może żyje się na przedmieściach Houston, ale nie w Europie. Po Europie można chodzić!

Z Barcelony wróciłam z tęsknotą za Eixample! I za Krakowem, który poza turystycznym Rynkiem i Kazimierzem (coraz bardziej anektowanymi zresztą przez bogatych cudzoziemców) miałby też pierścień zadbanych i doinwestowanych dzielnic - za Dębnikami, Podgórzem, Salwatorem, Grzegórzkami czy starą Nową Hutą, do których zawsze wraca się z przyjemnością. I gdzie można schować się przed uciążliwymi turystami, których zresztą łakniemy równie mocno jak Barcelona.

poniedziałek, 12 listopada 2007, magdalena.kursa
Komentarze
2007/11/18 16:08:08
Gdy ulicą Karmelicką lub Zwierzyniecką: a/ pcham lekki wózek z dzieckiem b/ jadę rowerem c/ idę w szpilkach/pantoflach, czuję do bólu "jakośc życia" w Krakowie. Skansen z ciosaną kostką granitową i zimnymi kamiennymi ławkami na Rynku. Ma być "ładnie", a nie nadaje się do niczego.